**
Do pokoju
wspólnego weszli już wszyscy ślizgoni, a impreza właśnie się zaczęła. Draco
razem z Blaisem pili ognistą whisky, a Hermiona, Aya i Sarah tańczyły do muzyki
granej z radia, które Hermiona zaczarowała by odtwarzało mugolską muzykę.
Po kilku
godzinach do Hermiony podszedł Draco. Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć,
jednak szybko chwycił się za lewe przedramienie.
-Cholera – rzucił krótko.
-Chodźmy do Snape’a – zarządziła Hermiona, po czym wraz z
przyjaciółmi skierowała się do gabinetu Mistrza Eliksirów.
Jak zwykle weszli do kominka i teleportowali się do
posiadłości Riddle’ów. W salonie stał Czarny Pan, a przed nim grupa
śmierciożerców. Odwrócił się w ich kierunku i uśmiechnął się tajemniczo.
-Nareszcie. Dołączcie do grupy – powiedział chłodno.
Natychmiast posłuchali rozkazu Voldemorta i stanęli obok
innych.
-Zapewne jesteście ciekawi, dlaczego was tutaj zebrałem o tej
porze – odrzekł, chodząc w kółko – Otóż zlokalizowałem liczny oddział aurorów w
pewnej mugolskiej wiosce. To doskonała okazja by ich zabić. To na pewno zmieni
plany ministerstwa – dodał, uśmiechając się podle.
Po godzinie
armia śmierciożerców czekała w ukryciu w lesie za wioską. Byli gotowi do ataku.
Na znak Czarnego Pana wszyscy ruszyli. Domy płonęły, promienie zaklęć leciały
na niebie, a piątka przyjaciół właśnie weszli do jednego z domów.
Zdezorientowany mugol chciał uciekać, jednak oberwał zaklęciem niewybaczalnym
od Malfoya.
Gdy cała
rodzina była martwa, wyszli do centrum wioski. Tam spostrzegli mnóstwo aurorów
walczących z pięć razy większą armią śmierciożerców. Dołączyli się do walki.
Hermiona spostrzegła znajomą twarz. To Alastor Moody, otoczony przez pięciorga
śmierciożerców. Jednak daję radę, więc czarnowłosa nie oparła się pokusie i
strzeliła Crusiatusem w Moody’ego, a śmierciożercy użyli Avady.
Był już
wczesny ranek, a walka nadal trwała. Ostatni członkowie Zakonu Feniksa byli już
martwi, z wyjątkiem Dumbledore’a, który siedział teraz w swoim gabinecie w
Hogwarcie. Tymczasem Bellatrix Lestrange wykończyła ostatniego aurora obecnego
w wiosce. Taki mały oddział, a taki silny. Śmierciożercy wrócili do lasu, a
Hermiona spojrzała na ruiny wioski. Nic z tego nie zostało. Tylko same trupy.
Nadszedł jednak czas, żeby deportować się do Riddle Manor. Poczuła zawirowanie,
po czym znalazła się w salonie. Skierowała się do swojego pokoju, ignorując po
drodze wszystko. Zrzuciła szatę śmierciożercy, założyła piżamę i położyła się
spać. Była wykończona, ale szczęśliwa, że nareszcie miała jakąś rozrywkę. Przestała
myśleć i zapadła w głęboki sen.
Siedziała w
ogromnej sali, a przed sobą widziała wiele ludzi ubranych na czarno. Nie
wiedziała gdzie jest, ani co się tutaj dzieje. Po chwili usłyszała donośny
głos.
-Otwieram proces Hermiony Riddle, uczennicy Hogwartu
oskarżonej o pomaganie Temu-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać, oraz o
morderstwo Ministra Magii.
Zmroziło ją. Czy podczas snu ktoś ją ogłuszył? I kiedy zabiła
ministra? Chociaż to niemożliwe, żeby ktoś wdarł się do Riddle Manor bez
zwrócenia jakiejkolwiek uwagi.
-Oskarżyciel, podsekretarz Korneliusz Knot. Czy przyznajesz
się do popełnionego czynu? – zapytał wpatrując się w nią podle.
-Nie ma takiej opcji! – krzyknęła wściekle.
Po chwili usłyszała piskliwy, kobiecy głos. Od razu wiedziała
do kogo on należy.
-Są na to dowody, choćby ostatnie zaklęcie rzucone z pani
różdżki i ciało Rufusa Scrimgeoura – odrzekła Dolores Umbridge.
To nie było możliwe. Nawet nie zabiła tego mężczyzny, a nawet
go na oczy nie widziała. Co ta różowa landryna sobie ubzdurała?
-Masz rację, Dolores – odrzekł po chwili Knot – Kto uważa że
podejrzana jest winna? – spytał, odwracając się w stronę członków Wizengamotu.
Wszyscy podnieśli ręce w górę. Nikt nie chciał jej uniewinnić.
To koniec. Wiedziała że skończy w Azkabanie.
-Hermiono Riddle, skazuje cię na dożywocie w Azkabanie –
powiedział, uderzając młotkiem o biurko.
Uderzyła o
coś twardego. Rozejrzała się wokół siebie. Zorientowała się, że leży na
podłodze własnego pokoju. No tak… Kolejny koszmar. Wstała, wzięła prysznic i
ubrała się, po czym skierowała się do jadalni. Spotkała tam rodziców, jedzących
śniadanie.
-Hej mamo, cześć tato – powiedziała rozespanym głosem.
-Jak się spało? – spytała Nicole.
-Gdyby nie te koszmary, to byłoby w porządku – odpowiedziała,
biorąc gofry od skrzata domowego.
Kobieta się zaniepokoiła. Nigdy nie słyszała o koszmarach
córki. Chciała z nią o tym porozmawiać, lub chociaż doradzić.
-Jakie koszmary? – zapytała z troską.
-Są coraz gorsze, zamordowanie ministra, aresztowanie, proces
w ministerstwie, aż w końcu jestem w Azkabanie – odrzekła, a z jej oka
poleciała samotna łza.
-Nigdy do tego nie dojdzie, będziemy cię chronić za wszelką
cenę – powiedział Tom, patrząc na córkę.
Po śniadaniu
musiała już wracać do Hogwartu. Weszła do kominka, powiedziała „Gabinet
Snape’a” i poczuła mocne zawirowanie, po czym poczuła lekki chłód. Znalazła się
tam, gdzie chciała. Snape’a nie było. Pewnie są już lekcje. Ruszyła szybkim
krokiem do pokoju wspólnego Slytherinu. Wypowiedziała hasło „Czarny Pan” i
weszła do środka. Nagle ktoś się na nią rzucił. To była Aya.
-Nareszcie jesteś, myśleliśmy że coś ci się stało –
powiedziała, nie puszczając przyjaciółki.
-Przecież mnie znacie – rzuciła krótko, śmiejąc się pod
nosem.
-No tak, ale długo cię nie było – odpowiedziała Aya, w końcu
wypuszczając przyjaciółkę z objęcia.
-Bo nocowałam w domu. Byłam zbyt zmęczona – odrzekła krótko –
A tak z innej beczki, ale była jatka, co nie? – dodała, uśmiechając się
szeroko.
Czarnowłosa nie dostrzegła, że przygląda jej się pewien
blondyn, który cały czas o niej myśli. Nie wiedziała, o jego planach na sobotni
pobyt w Hogsmeade. Ale cóż, to miała być niespodzianka.
-Ministerstwo już na pewno wie – rzuciła krótko.
-Tak, oni wiedzą wszystko, nie wiem jak – powiedziała,
siadając na kanapie.
Po kilku
godzinach do pokoju wspólnego wszedł opiekun domu – Severus Snape. Wypytywał ją
o atak. Ciekawe było, że sam tego nie wiedział, skoro był śmierciożercą i
szpiegiem.
-Udało się. Oddział aurorów został unicestwiony –
odpowiedziała dumnie.
Była szczęśliwa, że nic nie stało się jej przyjaciołom, ani
rodzinie. Mimo tego nie mogła się doczekać świątecznego ataku na Hogsmeade. Jak
powiedział Snape, wtedy w pubie pod Trzema Miotłami będzie jakieś spotkanie. Ma
być angielski minister magii, polski, niemiecki i amerykański. A nawet sam
Dumbledore. Do tego ministrowie będą mieli mocne obstawy. To doskonała okazja
żeby zamordować ministra magii i Dumbledore’a. Oby wszystko poszło dobrze.
Hermionie poprawiał humor jutrzejszy mecz quidditcha Slytherin vs Gryffindor.
To dość nietypowe, że mecz odbywa się w tygodniu. Ale cóż…
Następnego
dnia Hermionę obudziło głośne pukanie do drzwi. Zerwała się z łózka zła jak osa
i otworzyła drzwi z hukiem. Przed nimi stał ogromnie zdziwiony Draco Malfoy.
-JAK ŚMIESZ… A, to ty Draco. Przepraszam.
-Zaraz mecz. Musimy iść na boisko – powiedział cicho, nadal w
szoku.
Ruszyli więc
na boisko. Po drodze spotkali Weasley’a, który im ubliżał. Niestety nie mogła
nic zrobić, bo był obrońcą w tym zbiegowisku, bo drużyną ich nazwać nie można. A
przez to byliby zdyskwalifikowani. Weszli do szatni i przebrali się w zbroje do
quidditcha. Wylecieli na boisko i przygotowali się do gry. Pani Hooch
zagwizdała, kafel poszedł w górę, znicz i tłuczki wypuszczone, a gra się
zaczęła. Hermiona nie słuchała komentatora tylko skupiała się na grze.
-Przy kaflu Riddle, Newell, Riddle, Sky – mówił komentator –
I STRZAŁ! Riddle trafia gola dla Slytherinu! – dodał.
Po kilku
godzinach mecz zakończył się wynikiem 270:90 dla Slytherinu, znicz złapany
przez Draco. Gryfoni byli wściekli. Przyjaciele wracali już do pokoju wspólnego
Slytherinu. Hermiona zacięcie dyskutowała z Draco. To był piękny mecz.
Nastała
sobota, dzień wypadu do Hogsmeade. Hermiona wstała wcześnie rano, chcąc
wyglądać jak człowiek, a nie jak nastroszony kot. Wyszła z dormitorium w stronę
łazienki prefektów na piątym piętrze (znała hasło, gdyż kiedyś była prefektem
Gryffindoru). Wzięła długą, odprężającą kąpiel, nałożyła makijaż i wróciła
szybko do dormitorium. Nie chciała by ktokolwiek widział ją biegającą po
korytarzach Hogwartu w piżamie. Jednak gorsze było to, że wybieranie stroju
zajęło jej godzinę. W końcu zdecydowała się na buntowniczy styl – czarna bluzka
z krótkim rękawem i podarte jeansy, a na nogach glany. Zeszła do pokoju
wspólnego i zastała tam Blaise’a i Draco, którzy rozmawiali o czymś. Kiedy
usłyszeli kroki, umilkli i odwrócili się do tyłu. Malfoy uśmiechnął się do
Hermiony unosząc brwi.
-No proszę, niezłe ciuszki – rzucił penetrując ją wzrokiem od
stóp do głów. Podobał mu się jej wygląd. Włosy na bok, lekki makijaż i ten
styl. To było coś, co go urzekło.
-Dzięki, która godzina? – spytała siadając obok przyjaciół.
Była szczęśliwa że jej wygląd spodobał się blondynowi. Na tym
jej najbardziej zależało. Po chwili drzwi do pokoju wspólnego otworzyły się, a
widok osoby która tam stała zarówno ich zdenerwował jak i zdziwił.
-Pożałujesz tego Malfoy. I ty Riddle też! – krzyknęła
histerycznie postać.
-Zamknij się Parkinson. Wystarczy jedno słowo ode mnie do
ojca a już będziesz martwa – odrzekła czarnowłosa wpatrując się w mopsicę.
Nie spodziewała się że ta suka tak szybko wyjdzie ze świętego
Munga. Powinni ją trzymać przynajmniej rok. Może w końcu by się opanowała.
Mopsica kopnęła krzesło stojące przy stoliku i rzuciła się w
stronę dormitorium. Przyjaciele zignorowali jej zachowanie i wrócili do
rozmowy.
Hogsmeade
wyglądało pięknie. Szkoda jej było niszczyć wioskę w święta, no ale cóż… Pogoda
także dopisywała, co cieszyło pannę Riddle i Malfoya, który jeszcze nie ujawnił
jej niczego, co planuję w Hogsmeade. Była zainspirowana tą tajemniczością
blondyna. Jednak obydwoje wiedzieli o misji od Czarnego Pana – mieli dowiedzieć
się, w jakim pomieszczeniu może być spotkanie ministrów.
-Hermiono, może pójdziemy do nowej kawiarni? – zaproponował,
wpatrując się w jej zielone jak Avada tęczówki.
Dziewczyna zgodziła się, po czym skierowali się w głąb
wioski. Znaleźli się w części w której Hermiona nigdy nie była. Weszli do
jakiegoś budynku w którym mieściła się kawiarnia. Usiedli przy stoliku w rogu,
a po chwili podszedł kelner. Zanim zdążył otworzyć usta, Draco złożył
zamówienie.
-Poproszę czarną kawę bez cukru i jedną z mlekiem i dwoma
łyżeczkami.
-To będzie jeden galeon – odrzekł, wyciągając rękę.
Draco zapłacił i razem czekali na zamówienie. Po dwóch
godzinach wyszli z kawiarni i skierowali się w stronę lasu. Hermiona była
zaniepokojona, gdzie prowadzi ją Draco, jednak wiedziała że nigdy by jej nie
skrzywdził.
Stanęli na
środku pięknej polany w środku lasu. Był tutaj staw, wysoka trawa, piękny dąb i
oni sami. Blondyn chwycił ją za rękę i pociągnął pod drzewo. Po chwili zwrócił
się do niej.
-Hermiono, nie mogę już tego ukrywać – powiedział tajemniczym
tonem uśmiechając się lekko – Kocham Cię – dodał, po czym wpił się w usta
czarnowłosej.
Dziewczyna uniosła brwi, jednak oddała pocałunek. Była bardzo
szczęśliwa. Pragnęła tego już od wakacji, a teraz jej marzenie się spełniło.
Blondyn odsunął swoje usta od jej warg i spojrzał w jej oczy.
-Draco, ja także cię kocham – odpowiedziała w końcu,
uśmiechając się szeroko.
Po chwili w krzakach za nimi coś się ruszyło. Zanim zdążyli
zareagować w ich stronę leciał zielony promień. Draco rzucił się na Hermionę i
obydwoje upadli na mokrą ziemię. Pierwsza wstała Hermiona i wyciągnęła przed
siebie różdżkę.
-Jest nas dwójka więc lepiej wyjdź – powiedziała stanowczo.
Z krzaków wyskoczyła zakapturzona postać i cisnęła w
czarnowłosą Cruciatusem. Draco natychmiast zareagował. Wyciągnął różdżkę i
wycelował w postać.
-Avada Kedavra! – krzyknął, a z jego różdżki wystrzelił
zielony promień.
Mroczna Postać padła martwa na ziemię. Blondyn podbiegł do
Hermiony i pomógł jej wstać. Potem oboje skierowali się w stronę trupa. Malfoy
zdjął kaptur z jej głowy i odskoczył szybko.
-To Parkinson! To ONA próbowała nas zabić! – krzyknął
wściekle, po czym kopnął jej ciało tak mocno, że poleciało dwa metry do przodu.
-Draco musimy coś zrobić. Przecież jak ją znajdą… - mówiła
załamanym głosem.
-Zajmę się tym – odrzekł, po czym wycelował w ciało ślizgonki
i mruknął formułę „Invisibicorpo”. Od
razu ciało wyparowało.
Wrócili do
Hogsmeade, zajęli się misją od Czarnego Pana, aż w końcu nastała siedemnasta,
więc musieli wrócić do zamku. Dowiedzieli się o której i gdzie będzie spotkanie
ministrów z dyrektorem. Hermiona przekazała informację Snape’owi i poszła spać.
Było zimno.
Strasznie zimno. Była tak zmęczona że nie mogła otworzyć oczu, jednak w końcu
się do tego zmusiła. Leżała na twardej posadzce i czuła jakby nigdy nie miała
czuć się szczęśliwa. Dopiero teraz zorientowała się że jest w Azkabanie. Nagle
drzwi do celi otworzyły się, a stanęła w nich Pansy.
-Dostałaś na co zasłużyłaś Riddle – powiedziała, uśmiechając
się szyderczo – To ja cię wydałam ministerstwu. W św. Mungu – dodała po chwili.
-Przecież ty nie żyjesz, Parkinson! – krzyknęła w jej stronę.
Mopsica zaczęła się psychicznie śmiać, po czym upadła na
posadzkę.
-Taak? A jakoś jestem tutaj! – odpowiedziała, nie móc
opanować śmiechu.
Po kilku minutach udało jej się to i podniosła się z kamiennej
podłogi. Wyciągnęła różdżkę i wycelowała nią w pannę Riddle.
-Wiesz co Riddle? Nastał twój koniec – powiedziała przykrym
tonem.
Hermiona nie wiedziała co się dzieję. Jakim cudem tutaj
trafiła, przecież Parkinson nie żyje, Draco ją zabił.
-Avada Kedavra – powiedziała krótko Parkinson, a z jej
różdżki wyleciał zielony promień, który ugodził czarnowłosą w pierś.
Hermiona
zerwała się z łóżka i upadła na podłogę. Rozejrzała się nieprzytomnie i
zorientowała się, że jest w dormitorium dziewczyn. Odetchnęła z ulgą i poszła
do łazienki wziąć prysznic. Nie wiedziała dlaczego cały czas ma te koszmary. Bała
się ich, chociaż wiedziała, że to nie dzieje się naprawdę. A nawet ojciec ją
zapewnił, że nie pozwoli jej skrzywdzić. Tak samo pewnie zrobi Draco. Nareszcie
z nim była. Nie była pewna jego uczuć co do niej, ale teraz jest. Nadal
rozmyślała o ostatnim koszmarze. Te koszmary nie mogą się spełnić, skoro
Parkinson wczoraj zginęła na jej oczach. A ponoć ona doniosła ministrowi
wszystko. Zresztą to tylko złe sny. Zaczęła myśleć o świątecznym ataku. To
będzie świetny prezent na Boże Narodzenie dla Dumbledore’a. Jeśli to się uda,
Czarny Pan może ustawić swoich ludzi na ministrów tych krajów, wtedy będzie
miał nad nimi władzę. To będą drzwi do potęgi. Kto wie, może wtedy będzie mogła
zarządzać jednym krajem, to by było super. Rozległo się pukanie do drzwi.
-Dłużej nie wytrzymam, wychodzisz już, czy mam użyć twojego
łóżka zamiast toalety? – zapytała, nie móc już przytrzymać moczu.
-Jak śmiesz się do mnie tak zwracać? – krzyknęła wściekle.
Jak ktokolwiek mógł do niej tak mówić, przecież ona jest córką Czarnego Pana.
-Hermiona, to ty? Przepraszam… - odrzekła nagle dziewczyna.
Czarnowłosa wytarła się, ubrała na sportowo i wyszła z
łazienki. Pod drzwiami skurczona była Sarah, która od razu wbiegła do łazienki.
Panna Riddle skierowała się do pokoju wspólnego, w którym zastała Severusa
rozmawiającego z Draco, Blaisem i Ayą. Po chwili przeniósł wzrok na ślizgonkę.
-Ah, Hermiona. Czarny Pan pragnął, żebym ci coś przekazał –
powiedział chłodno w jej stronę.
-Co takiego? – spytała, nie ukrywając zaciekawienia.
-Wiesz gdzie jest wejście do Komnaty Tajemnic, prawda? Czarny
Pan potrzebuje jadu bazyliszka – odrzekł, dając do zrozumienia czarnowłosej, że
musi udać się do tej całej komnaty.
Ślizgonka pokiwała twierdząco głową i udała się do łazienki
Jęczącej Marty. Doskonale wiedziała gdzie to jest, bo była wtedy z tymi
zdrajcami krwi. Otworzyła drzwi i podeszła do umywalki. Wysyczała coś w języku
węży, a komnata została otwarta. Wskoczyła do rury i ześlizgnęła się w niej.
Upadła na jakieś kości. Zignorowała to i ruszyła przed siebie. Otwarcie
kolejnych drzwi było tak proste jak rzucenie klątwy Cruciatus. W końcu dotarła
do serca komnaty, na której końcu była wyrzeźbiona ogromna twarz Salazara
Slytherina, a przed nią leżał ogromny szkielet. Podbiegła tam bez żadnych
przeszkód i zaczęła myśleć, skąd zdobyć ten jad. Zwykle jest w jakiś kłach i…
No tak! Kieł bazyliszka! Wyrwała go ostrożnie, by nie przekuć sobie skóry.
Schowała go do kieszeni i wróciła do łazienki Marty. Zamknęła komnatę i
pobiegła do gabinetu Snape’a. Usłyszała chłodne „wejść”, więc otworzyła drzwi i podeszła do Mistrza Eliksirów.
Wręczyła mu kieł, pytając po co Czarnemu Panu ten jad. Dowiedziała się, że
Snape tworzy eliksir, który sprawia, że horkruksy są niezniszczalne. No tak,
kolejny krok do nieśmiertelności.
Był już
środek grudnia, za tydzień miał odbyć się atak na Hogsmeade. Nawet profesor
Schmitt nauczył ich wiele nowych klątw. McGonagall spisywała nazwiska osób,
które zostają na święta w Hogwarcie. Oczywiście nie było na niej nazwisk
Hermiony i jej przyjaciół. Eliksir dla Czarnego Pana był prawie gotowy.
Ślizgoni udali się na stację Hogwart-Londyn i wsiedli do pociągu. Po kilku godzinach
byli już na peronie 9 i ¾ . Podszedł do nich Lucjusz Malfoy i razem z nim
pojechali do Riddle Manor. Tam Czarny Pan przywitał ich, a najmilej córkę.
Poprosiła go o rozmowę. Zgodził się i poszli do jej pokoju.
-Tato… Ja i Draco… My zabiliśmy Parkinson – wyrzuciła z
siebie, patrząc na ojca ze łzami w oczach.
Nienawidziła jej, ale nie chciała jej zabić. Nie naprawdę.
Tom spojrzał na nią. Doskonale ją rozumiał. Przytulił ją.
-Hermiono, nie musiałaś tego robić, zwłaszcza pod okiem
Dumbledore’a, gdyby to widział to by cię tu nie było – powiedział cicho – A zrobiłaś
to z jakiegoś konkretnego powodu? – spytał, patrząc na córkę.
-Chciała nas zabić, na szczęście nie trafiła – odpowiedziała szczerze.
Nastał dzień
ataku. Przygotowania szły pełną parą, a śmierciożercy byli już gotowi do ataku.
Byli pewni, że wkrótce unicestwią Dumbledore’a. W końcu nastał ten czas. Na
sygnał Czarnego Pana wszyscy deportowali się nieopodal Hogsmeade. Na początku
został zaatakowany pub „Pod Trzema Miotłami”. Wszystko płonęło, a z pubu
wybiegło wiele aurorów. Kilku eskortowało ministrów do bezpiecznego miejsca, z
którego można się teleportować. Śmierciożercy miotali klątwami w stronę
ministrów. Trafili tylko jednego, jednak zdołał on uciec. Wioska płonęła.
Hermiona zauważyła profesora Schmitta walczącego z McGonagall.
-Ty zdrajco! Albus ci zaufał, a ty jak się odpłacasz? –
wrzeszczała wściekle na nauczyciela obrony przed czarną magią.
Czarnowłosa użyła klątwy, której nauczył ją Schmitt, czyli Shussziehenstark. Profesorka wyleciała w
powietrze i dwa razy szybciej została przyciągnięta do ziemi. Nauczyciel
odwrócił się, chcąc zobaczyć kto mu pomógł. Na jego nieszczęście postać ta
miała maskę. Hermiona ruszyła dalej. Spostrzegła długie blond włosy wystająca
spod maski. Od razu wiedziała że to Lucjusz Malfoy. Przegrywał z jednym z polskich
aurorów. Wypowiedziała formułę Confringo,
a ściana za aurorem wybuchła i zawaliła się na niego, ratując Malfoya Seniora.
Jednak to był błąd, gdyż budynek zawalił się prawie na dziewczynę. W ostatniej
chwili odskoczyła. Wioska coraz bardziej płonęła. Nigdzie nie mogła znaleźć
Pottera. Najwyraźniej dyrektor boi się, że ktoś go złapie i przetransportuje do
Czarnego Pana. Hermiona z chęcią by to zrobiła gdyby miała okazję.
Wszyscy walczyliby dalej, jednak zaczęło pojawiać się coraz
więcej aurorów, a nawet magiczne wojsko angielskie. Śmierciożercy zaczęli biec
w stronę lasu, żeby móc się deportować. Hermiona jeszcze nie opanowała
teleportacji, więc biegła i biegła przed siebie. Po chwili poczuła ucisk na
ręce i mocne zawirowanie. Upadła na trawę i zdjęła maskę. Nagle ktoś poderwał
ją do góry i poczuła jak ktoś ją namiętnie całuję.
-Cieszę się że nic ci nie jest – powiedział Draco,
uśmiechając się do dziewczyny.
-Ja także. Ale musieli mieć zdziwienie, co? – zapytała, śmiejąc
się lekko.
Była szczęśliwa na widok blondyna. Kochała go, a on kochał
ją. Ucieszył ją też udany atak, jednak nie udało się zabić żadnego z ministrów,
ani Dumbledore’a.
Po długiej rozmowie
z Malfoyem, poszli do jej sypialni, zamknęli drzwi na klucz i spędzili razem
cudowną noc. To był jej pierwszy raz, który był niesamowity. Usnęli razem w
swoich objęciach.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz